Owszem, o herbacie mogę – mówić, czytać, nawet pisać. Przy herbacie – nigdy! Myślę, że do dyskutowania świetnie nadaje się kawa, która pobudza i rozwiązuje języki. Kawa jest napojem towarzyskim. W tym właśnie jej przymiocie kryje się ogromna popularność (i liczba) kawiarni, do których na ogół trafiam niezawodnie, prowadzony głośnym gwarem rozmów, a do elegantszych lokali, rozgadanymi szmerami i szumami. My, Polacy, chętnie pijemy kawę, bo jesteśmy gadułami – i tyle.
Nie lubię kawiarni, bo wolę ciszę niż hałas; nie przepadam za kawą, bo przyjemność sprawia mi zaduma i myślenie, a nie prężna pobudliwość ciała.
Herbatę pijam w domu. Czasem mimo wszystko dręczy mnie pytanie, czy jest możliwa idealna herbaciarnia i jak mogłaby ona wyglądać. Przede wszystkim byłoby tam zupełnie cicho, co oznacza, że smaków i zapachów nie zakłócałyby warczące samochody, ani żadna sącząca się z głośników muzyczka. Poza tym stoliki powinny być małe, na tyle małe, żeby nie pomieścić książek, gazet, dokumentów – niczego, co mogłoby kusić i rozpraszać gości (tak! moja herbaciarnia byłaby miejscem zupełnie bezinteresownym). Przy każdym stoliczku stałoby tylko jedno krzesło, przykręcone do podłogi, żeby gadatliwym gościom nie przyszło do głowy dosiadać się do sąsiadów. A dookoła wszystkie herbaty świata... Proszę nie brać tej utopii zbyt poważnie, gdyż po pierwsze lubię pić herbatę w domu, po drugie lepiej nie wcielać takich projektów w życie, bo na pewno coś w nich popsujemy.
Dla mnie w piciu herbaty liczą się tylko dwie rzeczy, ale za to bardzo trudne do zdobycia: 1) dobra herbata; 2) skupienie. Wszyscy (i niech nikt, włącznie z autorem tych słów, nie próbuje się wykręcać) uwielbiamy pośpiech, nawet podczas odpoczynku – szybko oglądamy telewizję, przeglądamy książki, szybko leżymy i siedzimy w fotelu. Niestety również jemy i pijemy szybko. Szybkość naszego życia na tym polega przede wszystkim, że nigdy nie myślimy o tym, co tu i teraz, a zawsze tylko o tym, co za chwilę, jutro, za tydzień. Herbata jest chyba największą ofiarą pośpiechu – przygotowywana od ręki, bez namysłu i pomysłu, parzona zbyt długo (w tym czasie kroimy, obieramy, smarujemy, smażymy), wypijana na dwa łyki, zaraz po jedzeniu.
Zapominamy zbyt często, że herbaty to delikatne, tajemnicze, egzotyczne One – nieznajome, które przemawiają obcymi językami. Nie da się ich pojąć i zrozumieć zamieniając z nimi zdawkowe dzień dobry i dobranoc. Każda z nich jest inna, wymaga więc innego traktowania. Inaczej na przykład należy postępować z bladą, pergaminową herbatą białą, której smak przychodzi z czasem, a inaczej z czarną, ognistą, korzenną o ostrym, niewyparzonym języku. Sztuka degustacji polega na próbie zrozumienia każdej herbaty z osobna i nazwania jej po swojemu; sztuka wyboru natomiast, jest próbą spotkania z tym, co jednocześnie oczekiwane i tajemnicze.
Rytuał picia herbaty to dla mnie teatr wyobraźni, który najlepiej smakuje wówczas, kiedy nie wdzierają się do niego prawdziwi aktorzy. To gra w uwodzenie, w której pierwszy łyk herbacianego naparu jest zwieńczeniem, a nie początkiem. Wcześniej jest jeszcze długie kuszenie przy sklepowej półce oraz zachwyt kształtem, barwą i zapachem listka. Wszystko to nieodmiennie budzi moje największe zdumienie, podobnie jak niezwykłe, siedemnastowieczne japońskie haiku, w którym kryje się cała metafizyka herbaty:
„Imbryk / Wisi w powietrzu / Ku niebu”.
Tymczasem woda na herbatę znów się wygotowała...








