Wysiłki te nie przynosiły jednak oczekiwanych rezultatów: aż do połowy XIX wieku herbata stanowiła wielką tajemnicę umiejętnie strzeżoną przez chińskich plantatorów.
Wszystko zmienił rok 1848, kiedy w podróż do Chin wyprawił się Robert Fortune, żeby – jak sam powiedział – „złamać herbaciany kod orientu”. Jego celem było dotarcie do tych regionów Imperium, w których produkowano tradycyjnie najlepszą herbatę, a które nadal pozostawały poza zasięgiem obcokrajowców. Wędrówkę rozpoczął od trudnej przeprawy – zdobył informację, że mniej więcej 200 km na południe od Szanghaju rośnie najlepsza w Chinach zielona herbata. Fortune’owi towarzyszyło dwóch chińskich przewodników, którzy wskazywali mu drogę, pomagali się maskować i upodobnić do chińskiego kupca. Aby uniknąć wścibskich oczu i kłopotliwych pytań, trzej mężczyźni opuścili Szanghaj nocą, unikali ruchliwych szlaków, a kiedy przybywali do miast, zatrzymywali się w gospodach lub odwiedzali herbaciarnie, zachowywali – jak przystało na tajną misję – pełną dyskrecję.
Fortune podróżował w wygodnej lektyce, z której mógł z łatwością obserwować położone na zboczach gór plantacje – często niewielkie, rodzinne herbaciane poletka. Poza tym nieustannie badał glebę, studiował techniki zrywania listków i metody ich przetwarzania. Wieczory spędzał równie pracowicie – przygotowywał opatrywane komentarzami paczki z herbatą i regularnie wysyłał je do ogrodów botanicznych w Kalkucie i Kew, oraz prowadził dziennik, który, wydany zaraz po powrocie, szybko stał się bestsellerem – chętnie czytanym do dziś.
Dzięki inteligentnemu Anglikowi niepojęty świat herbaty stał się bliższy Europejczykom. Jedna z tajemnic, które rozwiązał Fortune, dotyczyła wysoko cenionej na starym kontynencie i w Ameryce tzw. „błękitnej herbaty”. Okazała się ona po prostu zieloną herbatą z dodatkiem proszku gipsowego, której sami Chińczycy nigdy zresztą nie pijali – przygotowywali ten „barbarzyński wywar”, aby zaspokoić „mało wrażliwe podniebienia obcych”. Fortune dokonał też innego ważnego odkrycia. Po zwiedzeniu słynnej buddyjskiej świątyni w Kooshan, został zaproszony przez jej starego kapłana na herbatę. Najpierw przeszli do niezwykłej urody miejsca, w którym biło naturalne źródełko. Mnich zaczerpnął z niego chłodnej, czystej jak łza wody, którą natychmiast przelał do stojącego na ogniu czajniczka. Napar, którego tego dnia skosztował angielski podróżnik, był najlepszym, jaki kiedykolwiek zdarzyło mu się pić. Od razu zdał sobie oczywiście sprawę, że smak herbaty zależy bezpośrednio od jakości wody, w której parzone są liście.
Powrót do Szanghaju zakończył pierwszą część jego misji – tę dotyczącą zielonej herbaty. Po niezbędnych przygotowaniach bezzwłocznie wyruszył w dalszą drogę, tym razem „czarnym szlakiem” – w swoim zwykłym przebraniu i ze swoimi chińskimi przyjaciółmi-przewodnikami. Za dnia, podając się za przybyłego z Mongolii mandaryna, zwiedzał fabryki, wieczory natomiast spędzał w miejscowych klasztorach. Krainy produkujące czarną herbatę wprawiły go w zdumienie większe nawet od tego, jakie przeżył podczas swej pierwszej wyprawy. Odkrył, że herbata jest transportowana z plantacji do fabryk w Kantonie na plecach mężczyzn. Podróż taka trwała około miesiąca i wiodła głównie wysokogórskimi, zniszczonymi szlakami. Pakunki z liśćmi najlepszej jakości nigdy nie mogły dotknąć ziemi, co wpłynęłoby niekorzystnie na późniejszą jakość naparu. Robotnicy przenosili je na specjalnych bambusowych uchwytach opartych na ramionach, a podczas postojów ustawiali „herbaciane plecaki” na metalowych podnóżkach. Ta obserwacja pozwoliła Fortune’owi zrozumieć, jak ogromną rolę odgrywa dobrze przygotowany transport, który może się okazać dla wrażliwych liści nadzwyczaj szkodliwy. Po powrocie do Szanghaju od razu spakował przywiezione z plantacji próbki do specjalnych walizek, w których nasiona mogły swobodnie kiełkować podczas długiej podróży statkiem – najpierw do Hong Kongu, a stamtąd do Kalkuty. Tej podróży nie odbył już jednak sam – wiózł ze sobą największy skarb, jaki udało mu się zdobyć w Chinach: osiemdziesięciu pięciu najwyższej klasy specjalistów, którzy mieli założyć nowe plantacje w północno-zachodnich Indiach.








